Azaliż wżdy nie wiecie? Nie macie hegemonii we świecie

Wczorajszy dzień zaczął się od pobudki z pomocą muzyki – apollo 440 ‚aint talking bout dub’. Dzień wcześniej dzieciaki nie chciały nas słuchać i iść spać wcześniej, mimo że było powtarzane że o 8 pobudka bo o 8.30 przyjeżdża Pan kurator. W związku z tym musieliśmy się wspomóc trochę. Oczywiście Pan kurator okazał się bardzo niesłownym człowiekiem i przyjechał jak Pani Ania kończyła jeść śniadanie.

Gdy Pani Ania pokazywała nasze dokumenty (jesteśmy wzorowym obozem!) odbyły się  tradycyjne poranne zajęcia, a o 12 poszliśmy do sklepu, prosić Panią sklepikarkę o wydanie nam kolejnej wskazówki. Rozrywka dla rodziców będzie teraz niemała, zamiast zdjęć mamy ruchome obrazki z tego małego show.

Po powrocie Pani Ania zwołała zmyłkową zbiórkę, tylko po to żeby Pani Zuza mogła pójść schować ostatnią wskazówkę. W końcu pozwoliliśmy im zejść do stołówki i zjeść obiad ;)

Niestety!!! Po obiedzie zostaliśmy opuszczeni przez Panią Ewelinę (jest niezwykle dziwnym to że w zeszłym roku gdy nas opuszczała pisaliśmy o niej po prostu Ewelina). Pani Ania zaopatrzona w grupę reprezentacyjną, odwiozła Panią Ewelinę na dworzec do Łap, gdzie nawet nie było czasu na pożegnania bo pociąg tak szybko się pojawił.

Na popołudniowej plastyce okazało się że ryza papieru, która zazwyczaj starczała na cały obóz już zeszła. Biedne dzieci muszą teraz rysować i malować na odwrotnych stronach, a szalona wena je opętała (zwłaszcza Igora i Blankę), więc pewnie za chwilę i te odwrotne strony nam się skończą.

Po plastyce grupa skarbowa Kuby i Marysi przyszła do Pani Ani i powiedziała ‚Augurze chcemy tenzora’, Pani Ania przybiła piątki i pogratulowała, tenzor zostanie dziś rozdany. A w tym czasie druga grupa, która miała dokładnie taką samą wskazówkę przyszła do Pani Zuzy z pytaniem czy mogą iść do obserwatorium ptaków, które znajduje się koło sklepu. Wait! WHAT?!?!. Poszliśmy do obserwatorium ptaków, które okazało się być meteorologiczną stacją badawczą. Gdy nic nie znaleźli, padła podpowiedź żeby skupili się na pierwszym wersie wskazówki, który jest sprytnym nawiązaniem do piosenki Kazika. No i jak Janek (podobno dzięki słuchającej całe dnie radia mamie) zaśpiewał ten wers i rozszyfrowali czym jest hegemonia, i że augur to niekoniecznie stara wyrocznia, która wróży z lotu ptaków. To szybko pobiegli do Pani Ani żądając skarbu. Ufff.

Po kolacji, przez wędrownego beduina i jego żonę została bardzo sprawnie przeprowadzona aukcja, niektórych trochę poniosło jeśli idzie o wydatki, ale obyło się bez kontrowersji. Kwota uzbierana to ponad 300zł. Bywało więcej, ale bywało też mniej, więc uważamy to za rozsądne wypośrodkowanie. Tylko kadry serce trochę drży, ponieważ Pani Ania sama jedzie na zakupy i obawiamy się katastrofy, oraz tego jakież to zdrowe łakocie i napoje zostaną zakupione. Po śniadaniu z jej ust wyszło słowo ‚OWOCE’, bleee.

No i na dobranoc dzieciaczki zagrały jeszcze w pilota. Grę, którą Pani Zuza najgorzej wspomina ze swoich obozów, więc nigdy nie przykładała zbytniej uwagi do zasad jakie teraz panują (zresztą którzby przypuszczał że te zasady mogły się tak zmienić!), a powinna. Za moich czasów! Pilot złapany to pilot złapany, już nie trzeba go obezwładniać i przytrzymywać i się z nim szarpać i co gorsza jak się wyrwie to nie ucieka znowu, tylko grzecznie czeka aż obóz mu zbuduje nosze i doniesie go do bazy. No to teraz pilot przypomina bardziej szkocję, ale jedna drużyna jest niewymiernie większa od drugiej, gdzie drugą po prawdzie stanowi pilot, który walczy o swoje życie, bo inaczej go obsiądą wszyscy niczym… pszczoły miodek. Może nazwę powinniśmy zmienić z ruskiego pilota na amerykańskiego? Może stąd ta agresja?

2016.07.31 – Ostatnia notka pojawia się równo 21 dni po obozie, jednocześnie ostatniego dnia lipca, serdecznie dziękujemy za jakże liczne komentarze i wsparcie rodziców :P i tym samym żegnamy się ostatecznie… w tym sezonie

 

Nocna wyprawa do lasu

We wtorek popisaliśmy się nieogarnięciem, już same nie pamiętamy co się działo, co robiliśmy. Na pewno były konie i plastyka! Jakiś ruch też został zapodany. Na pewno jeszcze dzieci brodziły w kukurydzy w poszukiwaniu wskazówek. Po obiedzie starszym mina zrzedła, jak się dowiedzieli że dziś mają ostatnią szansę na przygotowanie dla młodszych wampiriady. W związku z tym 17 hormonów zamknęło się w jednym pokoju i uruchomiło swój mega mózg. Po kolacji młodsi wyszli do sklepu, a w tym czasie starsi zabrali wszystkie strachy, grzechotki, znicze, swetro-płaszcz Pani Moniki, łopatę i poszli do lasu szykować ścieżkę strachu.

Młodsi wrócili ze sklepu na maksa nakręceni gumowymi papierosami, sprzedawanymi w pudełkach wyglądających jak paczka papierosów. Gdy Pani Zuza wychodziła z pokoju, to ósemka małoletnich palaczy doskoczyła do niej i dmuchnęła w te gumy, pokrywając wychowawcę białym proszkiem…

Gdy jeszcze byli na gumowym speedzie Pani Ania zwołała zbiórkę i wytłumaczyła co nastąpi: że idziemy do lasu, że starsi będą was straszyć, że będzie ciemno, że każdy przez ścieżkę przechodzi sam, że przechodzenie jest dobrowolne i do niczego nie zmuszamy. Ale ponieważ cukier zawarty w gumie ciągle działał, w dzieci wstąpił duch odwagi i ignorancji, do tego stopnia że głównie skupiali się na tym że gdzieś idą i idą tam razem i na pewno starsi się zdziwią jak ich zobaczą z papierosami, no i przecież niczego się nie boją!!! W związku z tym w obozie została tylko Blanka pod opieką Pani Oli.

Gdy powoli dochodziliśmy do ciemnego lasu poziom cukru zaczął spadać i maluchy miały zejście, i by podtrzymać swoją śmiałość poprosili o nauczenie ich radosnej piosenki. Ktoś kto by to obserwował z boku bardzo by się zdziwił, o to idzie ósemka malców, o 21:30, polną drogą, wśród pól kukurydzy, zmierzają do ciemnego lasu i śpiewają o niewidzialnej plastelinie. Przed lasem czekała na nich stara wyrocznia z trzecim okiem i twarzą tak szkaradną, że nie rozpoznali w tej postaci Pani Eweliny. Wyrocznia zakomunikowała im że żeby odnaleźć skarb pozostawiony przed wiekami przez starego Norda, muszą się wykazać i przejść przez las i nawet się nie zająknąć, w lesie czekają na nich demony, paskudy, szpetoty, szeptuchy i inne leśne stworzenia. Żeby zadanie zostało zaliczone każdy musi przejść sam, mając za towarzysza przewodnika niemowę. I się zaczęło. „Jak to każdy sam?”, „Nie może tak być”, „Granda!”, „Ja mam traumę przez starszego brata”, „Nigdzie nie idę, nie zmusicie mnie!!!”. Zaraz, zaraz, co Pani Ania mówiła na zbiórce? „Nie wiemy, nic nie mówiła”, „Na pewno nie to!!!”. Sytuacja tak zdenerwowała starą trójoką   wyrocznię że aż ta wyszła ze swojej roli. Na całe szczęście była z nami Pani Ania, która spokojnym cichym i rzeczowym tonem zaczęła wyjaśniać. No to najmniejszy i najmłodszy Jonasz wyszedł przed szereg i powiedział że idzie. Powiedział że jak ne będą w niego rzucać szkieletami to on się niczego nie boi. Dostał brawa od Pani Ani i Pani Zuzy, oraz od starej trójokiej wyroczni. Potem trochę stracił odwagę, ale zaraz na jego miejsce wskoczył Ksawcio, dostał kolejne brawa za odwagę i natychmiast ruszył w las z przewodnikiem niemową. Drugi w kolejności był właśnie Jonasz. A potem przyszła pora na dziewczynki, które tak się nakręciły na wszelkie zło tego świata (włącznie ze starszym bratem) czyhające na nie w lesie, że się rozpłakały, i żaden z wielu głosów Pani Ani nie był w stanie ich przekonać. Na całe szczęście chyba jakieś przyjazne trolle postanowiły porzucić w krzakach przy ścieżce świecącego robala, którego Pani Zuza zagarnęła w ręce i pokazała dziewczynkom. Momentalnie zapomniały o wszystkim i każda dzielnie przeszła przez las z przewodnikiem. Jak wróciliśmy do domu, to oczywiście każdy nie mógł przestać się chwalić jaki to nie był dzielny i się niczego nie bał.

Wczoraj za to, zaraz po śniadaniu, jedna grupa skarbowa, natychmiast postanowiła się wybrać na ostateczne poszukiwania wskazówki. Udało się! Ale i tak to nic nie dało, ponieważ wskazówka wstrzymywała poszukiwania o jeden dzień. Największą trudność jak się okazało nie sprawiła im data zapisana w całości rzymskimi cyframi, tylko słowo ‚kramarka’. Na plastyce tworzone były przedziwne artefakty do sprzedania na aukcji. A na tańcach u młodszych klaruje się już jakiś układ (starsi chyba pogubili chęci do tańczenia). W międzyczasie obie grupy poszły szukać wskazówki w kukurydzy (ta grupa, która już znalazła poszła z nami dla zmyły). A przez cały dzień pojedyncze osoby się wymykały, ponieważ przygotowywały się na wieczorny pokaz talentów. Swoje występy zaprezentował między innymi sekstet ‚rodzeństwo’ – Marysia i Janek W., Ewelina i Klaudia Z., i Kajetan i Ksawery S. Poprzebierani za siebie nawzajem zatańczyli do macareny. Potem na parkiet wyszła Matylda z improwizacją gimnastyczną, zaraz po niej Igor zaprezentował jak masuje Agatę do muzyki, była też możliwość dla wszystkich w zatańczeniu belgijki. Gwoździem programu naszych występów była premiera kompozycji Bartka i Szymona. Bartek stworzył podkład muzyczny, Szymon zarapował do niego, chłopaki to nagrali i puścili na występie. Po nich zaprezentowała się Weronika, która zaśpiewała piosenkę. A wisienką na torcie był techno-muzyczny pokaz badmintonowo-figurowego kwartetu – w skład którego wchodzili Pani Ola, Pani Monia, Marysia i Kuba.

Dzieci rozbrykane, zapragnęły przeciągać wieczór w nieskończoność. Ponieważ padało odpadła nam szkocja i pilot, więc wpadli na pomysł z dyskoteką. Niestety kadra musiała iść wcześniej spać, ponieważ na dziś, na 8:30 zapowiedział się Pan kurator. Ci starsi i bardziej uparci odśpiewali kilka piosenek i jak zobaczyli że nikt ich nie pilnuje to się poddali i też poszli spać.

P.S. Kadra śle serdeczne podziękowania za pierwsze tak liczne w tym roku komentarze!!! I odpowiada na przecudowne pozdrowienie od Florka zbiorowym krabowaniem >|<, jak i niewypowiedziane pozdrowienia od Gabryjeli, która podobno nas namiętnie czyta :P

Dzień lasu

Z rana, nocna zmiana zaskoczyła dzieci. Najpierw duzi wsiedli na konie, a z mniejszymi Pani Ola miała plastykę. Dla Pani Oli był to lekki horror, bo 9 małych rączek wyciągało się w jej stronę żeby wycinała im filce, a nożyczki tępe. Dzieci z filcy miały szyć portfeliki i wsuwki na telefony, ale wolały misie, węże i torebki, no dobrze.

Potem starsi mieli filmy (już mamy dobowe opóźnienie z filmami, ale to nie dzieciaków wina), a młodsi zostali zwołani na tańce przez Panią Monię, ale nic sobie z tego nie robili, ponieważ Monia czekała na nich 20 minut. Gdy Pani Zuza z Kubą pracowała nad filmami, do pokoju zapukała policja! Na czole Pani Zuzy od razu wystąpiły kropelki potu, ponieważ ma ona spory problem z wszelką władzą. Okazało się że Panie policjantki z wydziału kryminalistyki przyjechały na pogadankę. Maluchy wystraszone mundurem policyjnym zebrały się w rekordowym tempie przed budynkiem, a starsi zostali uprzedzeni przez kadrę, że policja jest tu w celu przeprowadzenia dochodzenia w sprawie alarmu przeciwpożarowego. Kadra znowu miała śmieszki, Panie policjantki też i pięknie weszły w rolę. Pogadanka była o wszelkich zagrożeniach czyhających na młodzież. O tym co alkohol robi z młodym mózgiem, że dopalacze to zło, oraz że skoro jesteśmy z Warszawy to Panie stwierdziły ‚Ahaaaa, to na pewno macie więcej możliwości’. Nie wiemy co miały na myśli, kadra nie wspomniała o tym, że doskonale wie że na wioskach w co drugim domu jest meta z wszelkimi „dobrami” z Ukrainy i Rosji. Dzieci zostały poinstruowane co robić jak pies atakuje, Panie zaprezentowały pozycję stojącą i pokazały że wtedy trudno człowieka przewrócić, na co Igor wstał i biorąc czterometrowy rozpęd z wyciągniętymi rękami, a dłońmi zaciśniętymi w pięści, zapytał czy on też może. Na szczęście 4 osobowy chór z kadry zdołał go powstrzymać przed nagłym atakiem na Panią policjantkę. Niestety Pani Policjantka, gdy się przygotowała, to pozwoliła Igorowi wypróbować ten sposób, i bardzo trudno było jej utrzymać jakąkolwiek minę, gdy Igor wbił jej dłonie między żebra. Mandatu nie dostał. Dobrze że my nie dostałyśmy! Na koniec Pani policjantka zapytała co jeszcze mamy dziś w planie (chyba w celu podtrzymania rozmowy) i wtedy nasza najwspanialsza Agata, po której w życiu byśmy się nie spodziewały że wbije nam nóż w plecy, wypaliła beznamiętnym tonem ‚Jak będzie już ciemno, to będziemy siedzieć w lesie, w krzakach i wyrywać sobie ręce i nogi…’. Kadra szybko zakończyła spotkanie z Paniami, zanim ktoś zdążył powiedzieć że co wieczór klęczą na grochu i odmawiają pacierze, a Pani Ania w tym czasie ich chłoszcze pokrzywami.

Po obiedzie poszliśmy do wspomnianego lasu. I z rozpaczą musimy przyznać że niestety starsi, tak samo jak młodsi, uważają że lepiej wiedzą od dorosłych, zrobili jak chcieli, a potem piszczeli. Na zbiórce było mówione jak się ubieramy i co zabieramy (woda, offy, ciepłe rzeczy, kryte buty, coś dodatkowego do ubrania na miejscu i coś przeciwdeszczowego), a co zostawiamy (telefony). Tylko wyszliśmy za bramę, dzieci zaczęły piszczeć że zimno, wieje i w ogóle to deszcz zaraz spadnie. Plecaki wypchane nie wiadomo czym, idą skuleni niczym grupa uchodźców z ciepłych krajów. Pani Zuza to co miała to rozdała, a to co jej zostało ubrała na siebie. W połowie drogi zaczęło padać, ale idziemy twardo, przecież za chwilę przestanie i wyjdziemy na cieniasów jak zawrócimy.

W lesie rozpadało się całkiem, ale siedzieliśmy pod dachem i czekaliśmy aż przestanie. W tym czasie Bartek i Agata z Panią Zuzą rąbali drzewo na ognisko. Gdy przestało padać, podzielili się na dwie grupy, do szkocji, i poszli w las budować swoje bazy. W tym czasie Pani Zuza rozpaliła w piecu (ognisko nie wchodziło w grę przez ciągle nawracający deszcz), a Pani Ola zadzwoniła do Pani Moni z zapytaniem na jakim etapie wychodzenia są młodsi i uprzedziła że jest bardzo zimno, żeby dziewczyny pilnowały żeby dzieci się ubrały ciepło i z rozpędu poleciła im zabrać czapki i szaliki. W tym czasie deszcz znowu zaczął mocno padać i zastanawiałyśmy się czy przyjdą sami, czy będą czekać aż ich zawołamy. Grupa Bartka pojawiła się po chwili, a grupa Kuby stwierdziła że skoro nie nawołujemy, to mają nosić gałęzie w deszczu. Przyszli po dłuższej chwili. Szałasy powstały, szkocja się nie odbyła, bo po ognisku, które było jednocześnie kolacją, i paru zabawach, 6 osób ze starszej grupy chciało wracać z młodszymi do domu, bo zmarzli. Z pozostałą 12 rozmyślaliśmy w co się pobawimy (wielka bitwa musiała się odbyć, żeby mogli zacząć szukać kolejnej wskazówki), ale bardzo marudzili że nieeee, że jest ich mało, żadna zabawa nie wyjdzie. Wtedy zadecydowałyśmy że podzieleni na grupy skarbowe, mogą szukać wskazówki. Bardzo dużo czasu na to poświęcili i Pani Zuza zaczęła się zastanawiać dlaczego tak jest, przecież wskazówkę schowała w stosie drewna przy drodze, a nie w środku lasu pod krzakiem. Okazało się że szukali tam gdzie trzeba, ale w międzyczasie przyjechał leśniczy i zabrał stos drzewa razem ze słoikiem, w którym była wskazówka!!! Pani Zuza musiała ją podyktować i zaczęli szukać kolejnej, która również była w lesie. Gdy znaleźli kolejną, która była rebusem, ruszyli na przeczesywanie wszystkich pól kukurydzy.

Gdy wracaliśmy z lasu, to przed samą bramą okazało się że siekiera, którą pożyczyliśmy od Pani z kuchni została w lesie za piecem! Ponieważ było już mokro od rosy, wszyscy poszliśmy do domu się przebrać w suche rzeczy, obóz kontynuował poszukiwania w kukurydzy z Panią Eweliną, a Pani Zuza, przebrana za NRD-owską sportsmenkę, wraz z Panią Monią wróciły do lasu po siekierę. O 23 w końcu doszli do wniosku że po ciemku nie ma co szukać i wrócili do domu. Chyba pierwszy raz od rozpoczęcia obozu poszliśmy spać przed 12!

P.s. Kochani rodzice!!! Kadra nawołuje do czynnego uczestniczenia w naszym życiu obozowym, poprzez liczne zostawianie komentarzy

Wszyscy jesteśmy meteopatami

Wczorajszy dzień był wielkim rozczarowaniem, zimno, wietrznie i deszczowo. Kadra się tego spodziewała, więc za wczasu przygotowała dwa plany dnia. Ale nic to nie dało, skoro każdy z nas się snuł, opadał z sił i najchętniej by leżał i nie wykonywał nic z planu dnia.

Zaraz po śniadaniu obie grupy zabrały się do wskazówek i z małą pomocą Pani Zuzy (która oczywiście musiała się pomylić w zaszyfrowanej wiadomości) odkryli że kolejna wskazówka powinna być przy moście, nad rzeką. Chociaż rzeka to bardzo duże słowo dla wąziutkiej Awissy, która płynie niedaleko nas. Obie grupy w odstępie około 15 minut (tak odszyfrowali zagadkę), ubrane ciepło, sucho i wodoodpornie poszły pod opieką Pani Eweliny, Moni, Oli i Tupaka nad mostek. Kuba skakał we wszystkie strony w poszukiwaniu słoiczka ze wskazówką, Jonasz nie mógł opanować emocji i cały czas powtarzał że to naprawdę taki prawdziwy najprawdziwszy skarb, a Igor głosem wyzutym z jakichkolwiek emocji powiedział komuś, że owszem widział jakiś słoik i wziął go nawet do ręki, ale uznał że to słoik porzucony i położył go w trawie. Po powrocie zabrali się do odszyfrowywania łaciny i zastanawiania się jak bardzo powinni się skupiać na biblii, kapliczkach i kościołach.

Po obiedzie dalej siąpiło, w związku z tym Pani Ania zarządziła wyjście na salę. Tam potańczyliśmy belgijkę, Bobas pograł trochę w piłkę z Igorem, a potem zagraliśmy w murarza. Po 17 część osób została na sali i ćwiczyła swoje występy na wieczór talentów. O 18 w końcu przestało padać i całym obozem poszliśmy do sklepu docukrzyć się trochę, bo przecież już się zapasy pokończyły. Po kolacji mieliśmy rozegrać szybki mecz na boisku, ale po tych deszczach boisko okazało się być niczym lodowisko. Kadra porzucona nagle przez Panią Anię i Bobasa, bardzo długo próbowała odnaleźć swoje skupienie, w końcu zdecydowałyśmy że idziemy na trawę pobawić się chwilę w berka, potem jeszcze w garnek na świetlicy. Kiedy pora była już taka, że młodszych trzeba było odprawić do łóżek, starsza grupa postanowiła łapać trzech radzieckich lotników, którzy spadli na naszym terenie. Do starszych postanowili dołączyć Igor i Jonasz i po dłuższych pertraktacjach, Pani Ania w końcu się dała przekonać.

W końcu kolejny dzień się zaczął, gry nastał koniec i znowu poszliśmy spać po 1 w nocy

Mapy, wskazówki i takie tam

Tak jak obiecałam tak się pojawia dodatkowa notka ze zdjęciami zagadek. Trochę jest ku pokrzepieniu mojej dumy (w końcu ktoś wypiekał to wszystko w piekarniku ;)), a trochę ku pokrzepieniu waszej, bo zagadki nie są łatwe, a dzieciaki pracują już nad trzecią. Jak tylko będą znajdywać kolejne, to album będzie uaktualniany i odpowiedni link do niego się pojawi w kolejnych notkach.

Oczywiście kolacja była o 19, to tylko ja dopiero teraz doszłam do komputera. A Linkiem do zdjęć z poprzedniej notki już się zajmuję.

Mapa tenzorów

Dotychczasowe upalne dni dawały nam bardzo w kość, w związku z tym Pani Ania zarządziła że starsza grupa zaczyna konie od godziny 8! Potem przerwa na śniadanie, znowu konie, potem konie młodszej grupy i do 12 już po koniach! Nie wyszło tak, o 12:30, gdy ostatnie dzieci schodziły z koni, a Pani Ola była sielsko rozmarzona i nieświadoma podeszły do niej Weronika z Wiktorią i uświadomiły ją że od 12 powinni mieć z nią zajęcia.

Po porannych koniach starsi mieli spotkanie z Panią Zuzą dotyczące filmów. W planie Pani Ania poświęciła na to aż 2 godziny, wszystkie sprawy omówiliśmy w 14 minut… To już są nasi weterani, doświadczeni przez wakacje z nami, więc ogarniają się w tym zupełnie sami w czasie wolnym, bądź szeptami w czasie jakichś zajęć. Co nie zmienia faktu że przez godzinę i 45 minut Pani Zuza powinna im jeszcze jakieś zajęcia zagwarantować. Ponieważ temperatura była oszałamiająca Marysia wpadła na pomysł żebyśmy poszli na siłownię (mamy na parterze prawdziwą siłkę!!!), gdzie jest klimatyzacja! Powyciskaliśmy na atlasach ciężary, pościgaliśmy się na bieżniach, a ci bardziej zblazowani bujali się i taczali na sprzęcie do SI. Po pół godziny zarządziłyśmy z Panią Olą że mamy już dość wysiłku i chcemy się schłodzić, więc przydarzyło się nam kolejne spontaniczne psikanie wodą.

Młodsza grupa skończyła swoją flagę, nadziała ją na gałąź i z pomocą starszych chłopaków (właściwie Kuby) wkopali ją w ziemię (co prawda najmłodszy Januszek piskał że jeszcze trochę Kuba będzie kopał i nas wszystkich zaleje lawa). W ogóle to bardzo musimy pochwalić naszych najstarszych najstarszych i to kolejno z imienia: Bartek i Kuba są jak starsi bracia dla Jonaszka i Januszka, noszą na barana (Bartek), a Kuba został dziś przyłapany na wyciskaniu mokrych rzeczy Jonasza, które miały schnąć na parapecie (dziś cały dzień pada :/). Agata i Olga wspaniale nas wspomagają w obowiązkach opiekuńczych i jak widzą tylko że któryś z młodszych ma szalony pomysł, a kadra ma zajętą głowę innymi dziećmi to zaraz podchodzą i na przykład zdejmują z wysokiego murku, z którego malec może spaść. A Marysia ma głowę pełną Janka, swojego brata, i to ona przyuważyła że Jan trochę niedojada. Do tej kolekcji dochodzą starsze (ale nie najstarsze) dziewczyny Klaudia Z., Ewelina R. i Ola J., które pomagają kadrze w ogarnianiu coraz to nowszych zasad naszych starych gier (po tylu latach gry nam puchną od zasad!).

Po obiedzie młodsza grupa pozazdrościła starszym (z jakiegoś powodu pieszczotliwie przezywanym III klasą) i też chcieli zmoknąć. Walka o węża się odbyła, wszyscy psikali i byli psikani. Psikającymi byli starsi, a psikanymi młodsi, w pewnym momencie młodsi się zmówili na starszych i całą gromadą postanowili węża odbić i starszych pogonić. Udało się!

Po mokrej zabawie wszyscy zostali zwołani na świetlicę i tam w końcu wytłumaczone zostało o co chodzi ze starą mapą i tajemniczym listem. Cały obóz został podzielony na dwie równe grupy i rozpoczęło się poszukiwanie skarbów (lub też tenzorów, jak napisał przed wiekami Nord). Na razie zostały odkryte trzy wskazówki, dziś pogoda nie pozwala na dalsze poszukiwania. A samo poszukiwanie tak ich zaaferowało że do kolacji był błogi spokój i kadra w końcu mogła wylec przed budynek i chillować.

Po kolacji jeszcze zaliczyliśmy jeszcze makarony ku uciesze najmłodszych i udręce najstarszych. Staruchy opadły z sił po pierwszej rundzie i później już nie biegali a chodzili spacerkiem. Pierwszy raz tak długo trwało by makarony w paczkach w końcu się skończyły. Tortury te zakończyła Matylda, która podobno wpadła w dołek i wykręciła kostkę, ale my wiemy swoje (że to była wielka ściema, tylko żeby zakończyć grę ;)).

Po opatrzeniu Mati stopy przez Panią Anię, zarządzono mycie, a starsi chcieli jeszcze grać w szkocję. Całe szczęście że Pani Ania była czujna (tym razem) i się nie zgodziła, tłumacząc to tym, że jak kadra znowu pójdzie spać o 01:30, to za chwilę oni będą musieli prowadzić obóz. Krótką chwilę się wahali, ale w końcu ulegli pod bacznym spojrzeniem Pani Anny.

P.s. Po kolacji postaramy się uaktualnić notkę o zdjęcia listu, mapy i wskazówek

Tak bardzo już sił brak

Witojcie!

W końcu udało nam się jakoś podzielić obowiązkami na tyle sprawnie, że Pani Zuza ma czas by po śniadanku, przy kawce zdać relację z naszych przygód. A przygód oczywiście masa, bo przecież jesteśmy przeklęci przez jakieś pradawne siły i nic nie może być z nami normalne.

Pierwszego dnia niewiele porabialiśmy. Każdy wsiadł na konika, żeby nasza Pani instruktor (Pani Marta), wiedziała z kim ma do czynienia. Koników w tym roku więcej i bardziej kolorowe (mam nadzieję że ktoś to uwiecznił na zdjęciach). Były zabawy na boisku, były zabawy integracyjne, podział na grupy, a wieczorem, gdy maluchy poszły spać, starsi już mieli pierwszą szkocję. Pani Ania, ponieważ nie ma tu dostępu do kuchni, w związku z tym podczas szkocji nie piecze stresowych pasztetów, a zamyka się w pokoju i układa dokumenty. Kadra natomiast odkryła nowy sposób na przeszkadzanie młodzieży podczas gry (gdy się skradają pełni napięcia w cieniu między drzewami, w ciemną noc i myślą że ich nie widać, nagle, na krótko oświetlamy ich latarkami) – zastanawiamy się czy nie wykluje się z tego inna zabawa. Oczywiście nie obyło się bez ran poważnych – Gabrysia naderwała sobie paznokieć, krew była.

Kolejny dzień zaczął się w miarę normalnie, nikt nie spodziewał się wieczornego armagedonu. Troszkę się denerwowaliśmy bo mały Januszek już od rana był bardzo zmęczony i chciał spać.

O 10 starsza grupa poszła do lasu, z Panią Olą i Zuzą, z zadaniem znalezienia badyli na flagi, oraz zniesieniem drewna na miejsce ogniska. Potem zadecydowali że chcą ognisko w lesie, ponieważ znajduje się tam bardzo przyjemne miejsce, ale głównie chyba dlatego że nie chciało im się wracać z drewnem do obozu.

Gdy wróciliśmy koło 12 okazało się że Pani Ani nigdzie nie idzie znaleźć ponieważ koczuje tylko i wyłącznie przy łóżku Januszka, który w międzyczasie dostał gorączki. Reszta kadry poznała wtedy swoją wartość, bo nawet jakbyśmy we cztery siadły nad najbłahszym dziecięcym problemem, to nie równałyśmy się Pani Ani, a problemów miałyśmy przecież 25, gdyż tyle jest dzieci.

Przed obiadem Pani Ola zrobiła ze starszymi plastykę (nazwa grupy to „Ukontentowane Kraby – flaga już łopocze na wietrze), a maluchy poszły grać w zbijaka z Panią Eweliną i Panią Zuzą. Po dwóch rundach w słoneczku, Pani Zuza spontanicznie chlusnęła wodą w Wiktorię (miało trafić na plecy, a oczywiście musiało trafić w twarz), i reszta szkrabów też zapragnęła chluśnięcia. Ponieważ woda w butelce się skończyła, a maluchy domagały się ochłodzenia to zdecydowałyśmy z Panią Eweliną, że nie ma co i tak jak stoimy idziemy się schłodzić szlauchem. Wszyscy byliśmy przemoczeni, ale i ukontentowani ;)

Po obiedzie dzieci coraz bardziej odczuwały brak Pani Ani (my też, bo przecież też mamy swoje problemy, które ktoś musi rozwiązać), ale stan Januszka się tylko pogarszał. W końcu zapadła decyzja o lekarzu, karetce i szpitalu. Decyzja o tyle dramatyczna dla nas, że miała nas opuścić jeszcze Monia! Z Panią Olą doskonale zdajemy sobie sprawę co się dzieje, gdy tylko Pani Ania opuszcza obóz (jest to porównywalne z pełnią księżyca w szpitalu), Pani Ewelina była jeszcze nieświadoma. Więc zabezpieczyłyśmy się na wszelkie ewentualności, po wcześniejszej rozmowie z najstarszymi o tym żeby wyłączyli swoją blazę i wsparli nas entuzjazmem, całym obozem poszliśmy grać w piłkę i nic się nie wydarzyło! Sukces! Po kolacji maluchy poszły do mycia, a starsi z Panią Eweliną na boisko. Ponieważ Pani Ewelina już ma dość zbijaka, zarządziła że będą tańczyć Belgijkę. Słyszałam że tak się wkręcili że już nic innego nie chcą robić, tylko tańczyć Belgijkę, Pani Ania będzie musiała kupić chodaki. Generalnie był to nasz kolejny sukces!

W tym czasie Pani Zuza ogarniała elektronikę – podłączała rzutnik, rozwijała ekran i walczyła z internetem. MECZ!!! Cała ta maszyneria była nam potrzebna dlatego, że telewizor w sali jest taką samą atrapą jak telewizory w IKEi dzięki Panom montażystom, w związku z tym byliśmy skazani na stronę TVP i łaskę internetu. Gdy tylko przyszedł czas, okazało się że hasło od wi-fi nie pasuje, a Pani Ania zabrała ze sobą do szpitala swój internet. Pierwsze minuty meczu oglądaliśmy z internetu z telefonu Pani Zuzy. Był to bardzo emocjonujący pokaz slajdów, zwłaszcza przez pierwsze dwie minuty ;). Oczywiście jak Lewy strzelił gola to Pani Zuza musiała wybiec z sali ponieważ Pani Ania zdążyła już przyjechać z internetem. Od tego momentu oglądaliśmy mecz w miarę płynnie, internet Pani Ani pokazywał nam prędkość pobierania na ponad 1mb. Tak było przez pierwszą połowę, w czasie drugiej połowy ledwie wskazywał 30kb :/. W 70 minucie zdenerwowaliśmy się na internet i szybkim ruchem wyciągnęliśmy go z portu USB, i wtedy transmisja ruszyła w jakości HD! Przestraszeni trochę że nasza sala jest nawiedzona, szybko odkryliśmy że komputer w końcu się połączył z miejscowym internetem. Tylko co z tego skoro w 77 minucie nagle rozwył się alarm przeciwpożarowy!!! No i właśnie to był ten moment zwrotny, kiedy kadra złapała się w przerażonym kontakcie wzrokowym z pytaniem w oczach ‚dlaczego znowu niema z nami Anki?!?!?!’. Pani Zuza szybko wybiegła z sali, zostawiając przebywające tam dzieci pod opieką Pani Eweliny, i szybko skontrolowała korytarz, który coraz bardziej zapełniał się pozostałymi dziećmi oraz Panią Olą. Szybka kontrola naszego piętra, wykazała że nigdzie się nie pali, ale ponieważ nie mamy dostępu do wszystkich pomieszczeń w budynku, a pracownicy skończyli już swoją pracę i nie było nikogo kto by nam powiedział że to awaria systemu, została zarządzona ewakuacja. Nasza pierwsza w życiu! Musimy się pochwalić że było to bardzo sprawne przedsięwzięcie. Od momentu włączenia się alarmu, minęły dwie minuty i dzieci były na zewnątrz! Oczywiście musiało się wydarzyć tak, że wybiegające dzieci wpadły prosto w ramiona Pani Ani, która już wróciła ze szpitala. Resztę meczu słuchaliśmy przez radio samochodowe i w sumie tak kwitliśmy do karnych, bo właśnie tyle czasu minęło zanim przyjechała przemiła Pani Dorota i wyłączyła alarm. Całe szczęście była ciepła noc. Na nasze nieszczęście z Panią Anią wrócił Pan tata Januszka, więc daliśmy popis w pełnej krasie.

Umęczeni na maksa w końcu po 12 w nocy mogliśmy się położyć spać! Od razu uspokoję, żadnego pożaru nie było, po prostu nadgorliwa reakcja czujki na nadużywanie antyperspirantu w pokoju.

Dzień wczorajszy już zaczął się normalnie i było już widać pierwsze oznaki ogarnięcia na twarzach kadry. W czasie gdy młodsi mieli konie, starsi poszli z Panią Olą i Panią Zuzą wkopywać swoją flagę. Potem młodsi mieli zajęcia z Panią Olą, wybrali już nazwę (Czarne Mustangi) i rozpoczęli malowanie flagi. Pani Monia odbyła naradę ze starszymi dotyczącą tańców (chcą tańczyć! HURRA!!) i różnych spraw organizacyjnych (noc filmowa), a przed obiadem mieli zabawy ruchowe. Po obiedzie Czarne Mustangi miały naradę z Panią Anią (szykują coś dla staruchów), a starsi poszli na konie. I właśnie wtedy Pani Zuza z Panią Eweliną w ogóle się nie kryjąc wybrały się na przechadzkę po wsi. W młodzieży w każdym wieku wywołało to lekki popłoch, starsi myśleli że idziemy im szykować chrzest, młodsi że robimy wampiriadę. Nic nie zdradziłyśmy, powiemy tylko że dziś na drzwiach pojawiła się tajemnicza bardzo stara mapa, i równie tajemniczy list od starego Norda.

Przed kolacją starsi mieli naradę z Panią Zuzą dotyczącą filmów. Podzielili się na dwie grupy i obmyślają swoje artystyczne projekty. W tym czasie młodsi poszli na dwór, usportowić się trochę z Panią Eweliną i Panią Monią. A po kolacji odbyły się ogonki dla wszystkich!!! Niestety relacji z tego nie zdam, bo wtedy również chodziłam po okolicy i szukałam śladów starego Norda.

Dzień dzisiejszy póki co zapowiada się bezproblemowo. A od jutra już, mam nadzieję że, notki będą się pojawiać regularnie.

Showtime

Pogoda przez cały dzień nie była naszym sprzymierzeńcem. Obudził nas deszcz, a niektórych jeszcze wcześniej odgłosy burzy. Deszcz przez cały dzień podlewał nasze podwórko tworząc pokaźne kałuże. Zostaliśmy uwięzieni w domu, a konie siłą rzeczy musiały od nas odpocząć.

Dało nam to czas do przygotowań do wieczornego „Pokazu Talentów” i aukcji. Dzieci pokazały się sobie nawzajem i nam z niecodziennej strony. Byliśmy pod wrażeniem występów tanecznych Julki i Oli, występowi akrobatycznemu Julki, jak i układaniu kostki Rubika na czas przez Bartka S. Szymon wystąpił przed nami z mistrzowsko odegranym monologiem-skeczem Macieja Stuhra „Pralka”, a Matylda wraz z asystentką Amelką oraz Gabrysia z asystentem Kubą pokazali nam sztuczki z kartami. Jasiek przy pomocy swojego asystenta-studenta Kajtka oczarował nas swoją sztuczką z zapałkami. „Pokaz Talentów” zakończył występ śpiewającej Zuzi przy akompaniamencie Gabrysi.

Zaraz po Talentach ponownie zebraliśmy się wszyscy na aukcję i ten kompletny szał starali się opanować prowadzący aukcję Gabrysia i Florek. Jak zwykle wszystko zostało sprzedane, z ludzikami z gliny i rysunkami włącznie. Jak zwykle największe emocje wzbudzała licytacja talonów np. na masaż, na zupkę chińską, na kakao, ale także i takie, jak talon na uśmiech Bartka M., czy autograf naszego Maga Gabrysi (SMGGP).

W tej właśnie chwili Pani Ania buszuje w suwalskim Kauflandzie i „pożytkuje” pieniądze z aukcji, niebawem zjawi się z powrotem z zakupami na noc filmową. Pani Zuza, niczym więzień własnego komputera drugi już dzień montuje filmy, a reszta kadry ogarnia obóz.

// To znowu ja, Pani Agata

„Przestań zrzędzić i wiosłuj!”

Zamilkliśmy na dwa dni. Dlatego szybko nadrabiamy zaległości. Ale tyle się dzieje, że skupiając się na tym co teraz i na tym co zaraz, braknie nam czasu na relacjonowanie tego, co już za nami.

Zgodnie z zapowiedzią z poprzedniej notki, można by sądzić, że filmy zostały nagrane już w poniedziałek i pozostał już tylko montaż. Nic bardziej mylnego. We wtorek odbyło się dogrywanie ostatnich scen. Zaraz po obiedzie cały obóz wraz z kadrą i kaderką został zaproszony do odegrania tanecznej sceny w rytm niemieckiego disco. Nie przypomina to, ani tanecznej sceny z filmu bollywoodzkiego, ani z filmu „Step Up”. Nawet nie słyszeliśmy za bardzo muzyki, więc był to kompletny freestyle.

Podczas, gdy część obozu była na koniach, a druga część malowała swoje gliniane dzieła, chłopcy kończyli kręcić film o „morderczej oponie”. Zgodnie ze zmyślną koncepcją Pani Zuzy w scenie, w której „mordercza opona” ma wpaść do Pijawy miała dopomóc żyłka wędkarska. Ta niewidzialna nić miała naprowadzać oponę po przewidzianym dla niej torze, a potem umożliwić jej wyłowienie. Niestety nie wszystko poszło zgodnie z planem. Żyłka pękła jeszcze zanim fale Pijawy zdążyły pochłonąć oponę. Ale zdaniem chłopców zamierzony efekt został osiągnięty i zdjęcia zostały zakończone. Uff.. Tylko Pani Zuza musiała potem pławić się w naszej Pijawie, żeby wyłowić oponę.

Jak przystało na obóz konny, dzieci rozwijają również swoje umiejętności jeździeckie. Wczoraj próbowały przeskakiwać przez przeszkody. Niektórym szło całkiem nieźle, inni skupili się póki co na sprawnym przejściu przez żerdź. Wszystko w swoim czasie.

Niektórzy mogliby stwierdzić, że nie mamy pomysłów na zabawy, bo po kolacji znowu była Szkocja. Oni naprawdę cały czas chcą grać w Szkocję, a my nie mamy siły im odmówić. Tym razem odbyła się na terenie naszej bazy, ale jeszcze zanim się ściemniło. Nie obyło się bez drobnych wypadków. Gabrysia z kaderki natrafiła na łokieć przeciwnika, skutkiem czego wróciła do domu z rozciętą wargą (uspokajamy, zęby całe!). Z kolei Bartek S. wpadł w pokaźne błotko, w związku z czym wszystko w co był ubrany poszło do prania. Prania po tej zabawie było więcej… dużo więcej.

Obozowicze ok. 22 zgodnie z zarządzeniem Pani Ani poszli spać, bo następnego dnia czekał nas spływ Rospudą!

O godzinie 10 zaraz po śniadaniu i po przygotowaniu kanapek na wyprawę, nasmarowani do białości kremami UV, w czapeczkach/chusteczkach wyruszyliśmy busikami do znanej nam przystani w Raczkach Małych (jeździliśmy tam wielokrotnie w ubiegłych latach na kąpielisko). Na miejscu zostaliśmy poinstruowani przez Panią Instruktor, jak wiosłować i jak się zachowywać w kajakach, żeby było bezpiecznie i żeby odczuwać maksymalną frajdę z wyprawy. Pan Ratownik poprowadził rozgrzewkę i wsiedliśmy do kajaków. Przy tych przeuroczych okolicznościach przyrody, w Dolinie Rospudy – w otoczeniu lasów, w towarzystwie niebieskich ważek, które co chwilę siadały na dziobach naszych kajaków spędziliśmy blisko 5 godzin.

W międzyczasie zatrzymaliśmy się po 9 km podróży w przystani w Chodorkach, gdzie nasi nieustraszeni kajakarze mieli okazję się pożywić frytkami, hamburgerami, czy plackami ziemniaczanymi i osłodzić sobie spływ lodem na patyku ;) Woda Rospudy rozbudziła apetyt nawet u Janka, który zamówił tak wielkiego hot-doga, że z trudnością mógł sobie z nim poradzić. Pani Monia musiała go ostatecznie poratować.

Do Świętego Miejsca, celu naszej podróży dobiliśmy przed 16. Oczywiście nie bez małych przygód. Ile razy któraś z naszych osad wpłynęła w krzaki i trzciny trudno zliczyć. Dodatkowym utrudnieniem na trasie tego 15-kilometrowego spływu były liczne kamienie, kłody i mielizna, ale dzięki naszej Pani Instruktor i Panu Ratownikowi dopłynęliśmy ze świetnymi wrażeniami. Szczególne gratulacje należą się Bartkowi S. i Maćkowi, którzy razem świetnie sobie radzili, a następnie pomogli Kacprowi i Adasiowi i po wymieszaniu tych dwóch składów sprawnie już dobrnęliśmy wszyscy do celu.

Wieczorem, kiedy cała kadra z trudnością była w stanie opanować zmęczenie, w dzieci wstąpiły jakby nowe siły. Jesteśmy pod nieustannym wrażeniem ich niespożytej energii. Wyjątkowe emocje u wszystkich wywołują zbliżające się śluby obozowe. Wszystkie zaręczyny odbywają się przy obecności prawie całego obozu przy głośnym „100 lat” dla młodej pary, które niesie się echem po wiosce. Obawiamy się, żeby na rzeczone śluby cała wieś się nie zeszła ;)

Wczorajszy dzień zakończyło ognisko i na tym kończymy, bo Pani Agata z Panią Zuzą są załamane, że nie mogły sobie z dziećmi pośpiewać, bo one już niestety nic nie znają z klasyki rocka idealnej do ogniska. Ale „Przepióreczka” była.

// Notka gościnnie pisana przez Panią Agatę ;)

Deszczyk pada, słonko świeci…

Burza z poprzedniego dnia, była zapowiedzią dominacji chmur i deszczu dnia następnego. Już dawno takiej pogody nie mieliśmy, jak pada to pada, jak wieje to wieje, a wczoraj padało i wiało. Deszcz siekł policzki i dłonie, a wiatr sprawiał że marzły nam nawet części najbardziej zakryte. Na szczęście po obiedzie trochę się ten stan zmienił i było tylko zimno.

Ze względu na warunki pogodowe, konie odbyły się w postaci nauki dbania o konia. Dzieci uczyły się czyścić sierść, czesać grzywę i pielęgnować kopytka. Na plastyce trwały przygotowania do aukcji, ostatnie lepienie z gliny, tworzenie bransoletek, wisiorków i breloczków.

W międzyczasie kaderka złapała Panią Zuzę i wręczyła jej swój film do montażu. Pani Zuza jest załamana ilością materiału, z którą przyjdzie jej pracować i boi się, że jak to wszystko trzeba będzie zmontować w całość, to jej komputer stanie w płomieniach od wysiłku.

Pozostałe grupy w tym czasie kończyły swoje filmy, a dziś będą szlifować ostatnie sceny i oddawać wszystko co nagrali (dziś jest ostateczny deadline).

Po obiedzie obie grupy się zebrały w kominkowej, by posłuchać wykładu Pani Pauliny o budowie siodła, rodzajach siodeł i do czego tak w ogóle służą te wszystkie paski przy ogłowiu. Oczywiście odgórny prikaz, żeby grzecznie siedzieć i słuchać różnych mądrości, podziałał na młodzież jak kubek gorącego mleka, stąd też niektóre paszcze rozdziawione, oczy jakby nieobecne, a ciało rozluźnione.

Po wykładzie przyszedł czas na tańce z Panią Monią, która zaproponowała różnego rodzaju ćwiczenia rozluźniające, a na koniec, ponieważ się tak rozruszali, była zumba.

Po kolacji wyszliśmy na ten wygwizdów i pobawiliśmy się w jajka i tu na szczęście zdjęcia robiła Pani Agata, wyszły epickie. Po jajkach dzieci chwilę pograły w zbijaka, a na koniec zażądały dyskoteki, no to miały. O godzinie 12, muzyka przestała grać i wszyscy poszli się myć i spać.